czwartek, 30 listopada 2017

Zakazany Romans XXVI "Przygotowania tu, przygotowania tam"

Już pierwszego dnia po pogrzebie Canagan miał nieoficjalne spotkanie z innymi ważnymi lordami, hrabiami i całą resztą "ważniaków", którzy według niego byli zupełnie zbyteczni, a nawet szkodliwi. Gdyby ich nie było, on jako jedyny stałby się najbliższym współpracownikiem króla wampirów. Fakty są jednak takie, że władca polegał na całej rzeszy doradców, tworzących Wampirzą Radę. Richter zajmował w niej wysokie miejsce przewodniczącego, zaś po jego śmierci Canagan naturalnie przejął je po nim. Dziś właśnie w jego rezydencji odbyło się pierwsze spotkanie Wampirzej Rady, na którym głos młodego hrabiego się liczył i to bardzo. Canagan brał bowiem udział wcześniej w paru takich zgromadzeniach, ale zazwyczaj tak jak to obecne, nie były one zbyt poważne lub też wampir miał za zadanie jedynie obserwować przebieg spotkania, nie udzielać się i nie przeszkadzać. Logiczne więc, że był bardzo podekscytowany. Już nie mógł się doczekać, aż zasiądzie na najważniejszym miejscu i wszyscy zaczną mu się jak jeden mąż podlizywać, a on owinie sobie ich wokół palca i będzie się nimi bawił. Na tymże spotkaniu członkowie Wampirzej Rady mieli mu między innymi przybliżyć jego obowiązki. Jakbym nie przygotowywał się do pełnienia tej funkcji całe życie- myślał pogardliwie Canagan, szykując się rankiem. Wampir prosto ze swojego pokoju udał się do sypialni Aureliny. Na szczęście dziewczyna była już gotowa, tak więc razem zeszli na śniadanie. Zjedli je w obecności wszystkich przebywających aktualnie w posiadłości gości. Kiedy wszyscy odeszli od stołu i oni udali się, by załatwić swoje sprawy.
- Dziś zajmiemy się organizacją naszego ślubu! Przyjadą projektanci, dekoratorzy, malarze i cała masa innych ludzi- powiedziała podekscytowana Aurelina.- Mam czekać z tym wszystkim, aż wrócisz z Rady, czy zacząć ustalać niektóre rzeczy bez ciebie?- zapytała po chwili.
- Nie musisz na mnie czekać. Zresztą, ja się nie znam i nie mam głowy do takich rzeczy- odparł Canagan.
- Rozumiem, ale jakie masz w takim razie wymagania? Albo prośby? Warunki? Nie chcę w końcu wymyśleć czegoś, co ci się zupełnie nie spodoba. W końcu to najważniejsze dzień w naszym życiu!- zawołała Aurelina.
- Kochanie, dla mnie najważniejsze jest, abyś ty była zadowolona. A teraz wybacz, muszę już iść- odpowiedział Canagan, po czym uniósł dłoń swojej narzeczonej i ucałował ją. Potem złożył jeszcze przelotny pocałunek na jej policzku.- Do zobaczenia, najdroższa- wyszeptał i udał się na posiedzenie Rady. Doskonale wiedział, że będzie żałował swoich słów. Kto wie, co jej uderzy do głowy? Sam nie wiem, jak to wytrzymam, ale jakoś będę musiał. Aż mnie mdli na myśl o tym ślubie. Na pogrzebie przynajmniej nie musiałem się do wszystkich szczerzyć i udawać wniebowziętego. Zaś podczas zaślubin właśnie tak powinienem się zachowywać...- myślał z goryczą i gniewem wampir, kierując się do pomieszczenia, w którym miała odbyć się Rada. Kiedy wszedł do środka, okazało się, że wszyscy już są. Zebrani zajmowali swoje miejsca wokół prostokątnego stołu. U jego szczuty znajdowały się na podwyższeniu aż trzy zdobione fotele, z czego środkowy był z nich wszystkich najwyższy i najbardziej przykuwał uwagę swoją prezencją. Było on przeznaczony dla przewodniczącego Rady, czyli Canagana. Pozostałe dwa, znajdujące się po jego bokach, były miejscem, gdzie zasiadać mieli najbliżsi i najbardziej zaufani współpracownicy przewodniczącego. Dopóki żył Richter, zasiadali tam wybrani przez niego członkowie Rady, ale po śmierci stracili ten przywilej. Bowiem według prawa, każdy nowy zwierzchnik tejże instytucji wybiera własnych "pomocników". Po wejściu Canagana wszyscy wstali, on zaś od razu udał się w stronę swojego miejsca.
- Niniejszym mam zaszczyt powitać wszystkich zebranych na pierwszym zebraniu Wampirzej Rady pod przewodnictwem Canagana Phantomhive'a- powiedział wampir, po czym wszyscy zajęli swoje miejsca. Dzisiejsze zgromadzenie nie trwało zbyt długo. Było swego rodzaju powtórką z rozrywki dla młodego wampira. Wszyscy najpierw po raz kolejny złożyli mu kondolencje, by zaraz potem pogratulować ożenku, co w pewien sposób rozbawiło Canagana, ale nie dał tego po sobie poznać. Następnie członkowie Rady złożyli nowemu przewodniczącemu sprawozdanie z obecnej sytuacji całego królestwa i zaplanowanych posunięć. Jako syn samego Richtera Phantomhive'a, Canagan od zawsze miał szansę wiedzieć na każdy temat nieco więcej nawet od innych przedstawicieli arystokracji. Dlatego też niewiele z przytoczonych przez zebrane wampiry rzeczy go zaskoczyło. Wiedział przede wszystkim, co jest obecnie najważniejszym celem do zrealizowania.
- Proponuję ustalenie spotkania Rady, na którym zajmiemy się rozpatrywaniem tylko kwestii nowego, trwalszego, a co za tym idzie, bardziej wiążącego traktatu pokojowego z magami- powiedział Canagan, kiedy już zostały omówione mniej ważne zagadnienia.
- Oczywiście, hrabio. Pragnę jedynie poinformować cię, iż data ta została już ustalona przez twego ojca, świętej pamięci Richtera- zaczął jeden z członków. Wampir omal nie roześmiał się, słysząc nowy "przydomek" swojego ojca.- Za dwa miesiące odbędzie się pierwsze ważniejsze spotkanie z magami w te sprawie, dlatego zgromadzenie Rady miało odbyć się już za dwa tygodnie- kontynuował ten sam wampir.
- Dobrze, zatem w tej kwestii niczego nie zmieniamy- odparł Canagan. Dalej rozmowa dotyczyła właśnie tego tematu, ale dość pobieżnie omawianego. W końcu zebranie dobiegło końca. Jednakże dla samego Canagana był to dopiero początek szaleństwa dzisiejszego dnia. Niedługo potem odnalazła go Aurelina, jej matka i ciotka Alyssa. Obie zaczęły trajkotać o dekoracjach i ich kreacjach (przy czym w przypadku jego narzeczonej starali się nic mu nie zdradzić, ale jednocześnie nie były w stanie powstrzymać się od mówienia o tym). Następnie Canagan został zaciągnięty do rodzinnej kaplicy zaślubin, gdzie miał miejsce dalszy etap torturowania go gadaniną o dekoracjach. Do tego musiał to wszystko podziwiać (i się zachwycać najdrobniejszym szczególikiem), a dodatkowo został zmuszony do dokonania kilku wyborów. Z tym, że każda jego decyzja była niemalże od razu krytykowana i zmieniana, lecz mimo to nie pozwolono mu spokojnie odejść. W końcu został zabrany na ostatnie tortury, które nie były takie złe. Spokojnie stał w miejscu, kiedy to krawiec zdejmował z niego miarę na nowy garnitur. Następnie sam wybrał krój i kolor. Również w tej kwestii ogarnięte szałem przygotowań do wesela wampirzyce chciały mu "pomóc", jednak tym razem nie ustąpił tak łatwo i postawił na swoim. Nie zamierzał bowiem dać zrobić z siebie dziwadła. Kiedy w końcu skończyły się zaplanowane na dzisiejszy dzień zajęcia, zaczynało już zmierzchać. Była to idealna pora na kolację, na którą wszyscy się udali.
- Co powiesz na małą przejażdżkę konną po posiłku? Żeby rozładować cały ten stres związany z przygotowaniami do ślubu? I, przede wszystkim, pobyć trochę sam na sam?- zapytał Canagan, zatrzymując na chwilę Aurelinę, poprzez objęcie jej od tyłu, i upewniając się, że nie ma nikogo w pobliżu. Ponadto mówiąc to, zbliżył swe usta niebezpiecznie blisko jej ucha.
- M-myślę, że to doskonały pomysł- wyjąkała zaskoczona wampirzyca, uśmiechając się lekko. Narzeczeni udali się więc razem na kolację, a tuż po niej wyruszyli na małą wycieczkę. Canagan wcześniej dopilnował, aby uszykowano im konie, na których mieli już okazję jechać.
- Proponuję zwiedzanie kolejnych terenów rodziny Phantomhive, o których nie masz nawet pojęcia- zaproponował wampir, na co Aurelina z ochotą przystała. Canagan pokazał jej kilka ciekawych miejsc. Na koniec udali się na jedną z polan. Przywiązali konie do drzewa, po czym skierowali się na sam środek łąki.
- Proszę, moja droga, spocznij sobie- powiedział wampir, kładąc na ziemi swój płaszcz. Aurelina podziękowała, po czym usiadła, a obok niej jej narzeczony.
- Pięknie, prawda?- powiedziała wampirzyca, patrząc w niebo. Zmrok zapadł już dawno, ponadto widoczność była doskonała, dlatego nieboskłon zdobiły setki iskrzących się małych punkcików.
- Zapewne olśniewałyby mnie swoją dzisiejszą urodą, gdybyś ty nie siedziała obok. Twój blask w pełni przyćmiewa światłość wszystkich gwiazd- wyszeptał Canagan, nachylając się w stronę Aureliny. Jego chłodny oddech popieścił delikatnie jej policzek, ulotnie, niczym dotyk promienia słońca w deszczowy dzień. Zdawało jej się ponadto, że poczuła lekkie muśnięcie jego języka. Chwila ta jednak trwała tylko ułamek sekundy, gdyż, ku niepocieszeniu Aureliny, Canagan od razu odsunął się od niej na początkową odległość.
- Ja...ja...dziękuję za komplement- powiedziała zawstydzona wampirzyca.
- Ja po prostu mówię, jak się rzeczy mają- odparł Canagan, uśmiechając się nonszalancko.
- Przestań, lepiej skup się na podziwianiu gwiazd- powiedziała niby surowym tonem, odwracając głowę. Mimo wszystko uśmiechnęła się pod nosem, co nie umknęło uwadze spostrzegawczego wampira.
- Skoro tak lubisz gwiazdy, to mogę ci obiecać, że po ślubie będziemy oglądać je co noc- powiedział Canagan. Na jakiś czas zapadła cisza. Oboje bowiem skupili się faktycznie na obserwowaniu gwiazd.
- Niewygodnie mi- odezwał się po kilku minutach wampir.- Pozwolisz?- zapytał, kładąc głowę na kolanach narzeczonej. Na początku była trochę oburzona i chciała zaprotestować, ale ostatecznie przymknęła na to oko. Przez pewien czas znów w ciszy podziwiali gwiazdy. To znaczy Aurelina je podziwiała, gdyż myśli Canagana zaprzątnięte były znacznie bardziej przyziemnymi sprawami. W końcu, kiedy już miał jako-taki plan na zabawę, przekręcił głowę i powiedział, zataczając przy tym palcem drobne kółka przez materiał sukienki na jej brzuchu:
- Zmęczony już jestem tym wszystkim strasznie.
- Już mówiłeś coś podobnego- odparła Aurelina, kierując na niego swój wzrok i zakładając mu niesforny kosmyk za ucho. Tym samym dała się wciągnąć w jego grę.
- A ty nie jesteś zmęczona?- zapytał.
- Jestem, zapewne równie jak ty. Niby wampiry się nie męczą, ale ja mam wrażenie, że tak nie jest- zaśmiała się cicho Aurelina. Canagan spojrzał na nią z dołu i uśmiechnął się.
- Odpocznijmy więc nieco. Poddajmy się rozrywce- zaproponował, uśmiechając się jeszcze szerzej.
- Jakiej znowu "rozrywce"?- zapytała wampirzyca, nic nie przeczuwając. W odpowiedzi Canagan zerwał się na równe nogi i natychmiast pobiegł do ich koni, po czym zaczął je rozwiązywać.
- Co ty robisz?!- zawołała zdziwiona Aurelina. Wstała z ziemi i otrzepała się, choć nie było to konieczne, gdyż przez cały czas siedziała na płaszczu narzeczonego.
- Odwiązuje nasze konie- wyjaśnił spokojnie, nieco protekcjonalnym tonem wampir.
- Ale po co? Czemu ty mi nic nie chcesz powiedzieć?
- Przecież ci mówię, tylko niekoniecznie to, co chcesz usłyszeć- wymamrotał Canagan tak szybko i cicho, że Aurelina nic nie zrozumiała.
- Co?! Powtórz jeszcze raz, ale głośniej i wolniej.
- Wracamy do posiadłości.
- Ale po co?
- Po co, po co, po co... bo tam będziemy mogli oddać się tej rozrywce, kochanie- odpowiedział wampir, odzyskując swoje utracony na chwilę spokój i cierpliwość.
- Rozumiem... czyli koniecznie chcesz mi ją pokazać? I nie może to poczekać?
- A chcesz, żeby niespodzianka na ciebie czekała? To dziwne, wszyscy, których znałem do tej pory woleliby jak najszybciej ją poznać.
- Niespodzianka? Teraz mówisz w moim języku- zaśmiała się Aurelina.
- Cieszę się, że w końcu nauczyłem się posługiwać językiem własnym kobiety mego życia. A teraz bądź tak miła, weź ze sobą mój płaszcz, podejdź tutaj i pojedźmy- powiedział Canagan.
~~~~~~~~~~~~
Aldaryk udał się na krótki odpoczynek, zaś Knor go odprowadził. Ingolf dostał zadanie, aby pomóc Trix przygotować się na przyjęcie. Nie było innego sposoby, jak zaprowadzić ją do dawnego pokoju zmarłej żony Aldaryka, aby wybrała sobie jedną z jej kreacji.
- Dokąd idziemy?- zapytała nieśmiało Trix.
- Wybierzemy ci jakąś kreację na przyjęcie- wyjaśnił Ingolf tonem, który sprawił, że dziewczyna nie odzywała się już więcej aż dotarli na miejsce.
- Co to za pokój?- zapytała Trix, przekraczając próg pomieszczenia. Mimo że było ono nienagannie czyste, jak zresztą każdy inny zakątek tego domu, Trix miała wrażenie, że nieczęsto ktoś tutaj przebywa.
- Ten pokój był kiedyś osobistą komnatą żony Wielkiego Aldaryka, jednak, niestety, dwa lata temu naszej pani się zmarło- powiedział Ingolf. Podczas mówienia tego głos mu się lekko załamał, co było jak na razie dla Trix pierwszą oznaką, odkąd tu przybyła, że ten mężczyzna ma jakieś uczucia.
- Bardzo mi przykro...- powiedziała.
- Niepotrzebnie. Wilkołaki nie potrzebują ludzkiej litości- odparł natychmiast oschle służący.
- Spokojnie, nie musi się pan tak denerwować. Chciałam tylko być miła- powiedziała lekko urażona Trix.
- Tego ludzkiego, sztucznego bycia miłym też nam nie trzeba- odpowiedział Ingolf. Dziewczyna ponownie chciała mu coś powiedzieć, ale w porę ugryzła się w język, przypominając sobie, gdzie i po co właśnie jest. Sługa podszedł do jednej ze znajdujących się w pomieszczeniu szaf i otworzył ją, a oczom Trix ukazało się mnóstwo kolorowych, pięknych sukienek. W rzeczywistości nie były one najlepszej jakości, ale dziewczyna tego nie zauważała. Ona przecież nigdy w życiu nie mogłaby sobie pozwolić nawet na takie kreacje. Rozpoczęły się przymiarki. Ingolf krytykował właściwie każdy strój, nawet ten, który sam wybrał. Trix szybko zorientowała się, że on chce ją po prostu wkurzyć i upokorzyć, dlatego zdała się na siebie i grzecznie go wyprosiła. Służący rzucił jej zdziwione i oburzone spojrzenie.
- Jasne, ja sobie stąd pójdę, a ty coś zabierzesz coś sobie na pamiątkę bez naszej wiedzy?- zapytał podejrzliwie. Trix nie miała pojęcia, jak zareagować na tak jawne oskarżenie jej o kradzież, która nawet nie miała miejsca.
- A jak niby miałabym to wynieść? W zębach?- zdenerwowała się dziewczyna. Kobiety mają więcej schowków niż mężczyźni- pomyślał Ingolf, ale powstrzymał się przed powiedzeniem tego.
- Cóż, ja nie jestem złodziejem, więc nie dam pani takiej złodziejskiej rady. Jednak na pani szczęście muszę iść dopilnować przygotowań do przyjęcia, zatem żegnam na ten czas. Ma pani jeszcze godzinę na przygotowania, a potem ktoś po panienkę przyjdzie- powiedział Ingolf, po czym wyszedł. Trix z wielką ulgą zajęła się dalszym wyborem kreacji. Po bardzo długim zastanawianiu się ostatecznie zdecydowała się na czerwoną, koronkową sukienkę.
Po ubraniu się w nią poczekała jeszcze jakieś dwadzieścia minut, po czym usłyszała kroki. Była przekonana, że to osoba, która miała po nią przyjść. Nie myliła się. Po jakimś czasie drzwi otworzyły się i stanęła w nich wysoka, dobrze zbudowana postać. Miała na sobie nieco bardziej odświętny strój, z tego powodu Trix nie poznała jej od razu. Po chwili jednak spostrzegła, iż tą postacią jest wilkołak, którego już zdążyła poznać, ale nie dane jej było zaznajomić się z nim bliżej...

poniedziałek, 20 listopada 2017

Zakazany Romans XXV "Wioska wilkołaków"

- Na pewno jesteś pewna? Może jest jakiś inny sposób? Nadal możemy zmienić nasz plan- powiedziała Elizabeth, pomagając Trix wejść na jej konia.
- Nie ma takiej potrzeby. Pamiętaj tylko, że po trzech dniach mojej nieobecności masz wyruszyć dalej. Nie czekaj na mnie dłużej ani tym bardziej nie szukaj mnie. Jeśli nie dotrę do wioski w odpowiednim czasie, zawrócę. Jak cię nie znajdę, udam się od razu do Sillas de Meanum. Bez wody na pewno będzie tam trudniej dotrzeć, ale damy z siebie wszystko- powiedziała Trix.
- A jak się zgubisz?- zapytała niepewnym głosem Eliza.
- Będę musiała sobie jakoś w takim przypadku poradzić- odparła Trix, wzruszając ramionami.
- No nic, trzymaj się i pamiętaj o naszym planie. Do zobaczenia za trzy dni!- zawołała dziewczyna, po czym ruszyła w stronę wioski. To, gdzie osada powinna się znajdować i jak się nazywa (a przynajmniej pod jaką nazwą jest znana siostrze Trix) Eliza wytłumaczyła jej na tyle, na ile potrafiła. Początkowo droga przebiegała bez żadnych zakłóceń. Galopujący koń zachowywał się tak spokojnie, jakby znał te tereny. Dziewczyna dotarła w końcu do skrzyżowania leśnych dróg. Gdyby puściła się prosto, według jej informacji, skierowałaby się na pustynię, czyli w stronę Sillas de Meanum. Aby jednak trafić do wioski, musiała odbić w prawo. Obie trasy były mocno zarośnięte i wyglądały na zdradzieckie oraz niebezpieczne. Mimo to droga prowadząca do osady wydała się Trix mroczniejsza. Dziewczyna jednak postanowiła się tym nie przejmować i ruszyła dalej, tym bardziej, iż znała, jej zdaniem, główny powód takiego stanu rzeczy. Sillas de Meanum może nie cieszyło się zbytnią popularnością i dobrą opinią, ale zdecydowanie podróżowało tam więcej osób niż do starej, zapomnianej wioski wilkołaków. Dlatego zapewne ścieżka wydaje się być mroczniejsza, bo jest bardziej zarośnięta. Trix jechała dalej według wskazówek Elizabeth, jednak nie były one zbyt dokładne, więc często musiała zdawać się na własną intuicję. Pierwszym problemem okazało się następne skrzyżowanie, o którym Eliza nie wspominała. Tu jednak Trix poszło dość łatwo. Wiedziała, że musi kierować się głębiej w las. Z wskazówek jej siostry wynikało bowiem, iż wioska ma się znajdować zaraz za jednym z większych, bardziej zagęszczonych kawałków lasu. Trix skłamałaby, gdyby powiedziała, że nie czuła strachu. Przede wszystkim starała się zapamiętywać jak najwięcej szczegółów. Do wieczora udało się jej dotrwać bez większych problemów. Znalazła dogodne miejsce na obóz i zatrzymała się tam. Dopiero po zejściu z konia poczuła, jak bardzo jest spragniona, głodna i zmęczona. Na szczęście miała ze sobą trochę zapasów, w tym wodę. Elizabeth wcisnęła jej siłą manierkę, tłumacząc to tym, że ilość zawartej w niej wody nikomu nie wystarczy na trzy dni, więc ona i tak musiałaby udać się na poszukiwania czegoś do zaspokojenia pragnienia. Według Elizy jeszcze Trix miałaby mieć na to mniej czasu i energii po wyczerpującej drodze do wioski. I proszę, miała dziewczyna rację. Starsza z sióstr wypiła od razu całą wodę, obwiniając się jednak przy tym trochę, że nie była bardziej stanowcza. Na pewno Elizabeth przydałaby się ona bardziej niż mnie- pomyślała. Sięgając po jedzenie, pocieszyła się myślą, że przynajmniej przed swoim odjazdem zostawiła siostrze większe zapasy jedzenia. Pozostawała jeszcze kwestia niebezpiecznego wypoczynku, w końcu teraz nikt nie będzie stał na warcie. Zarówno ona jak i Elizabeth przez te trzy dni są zmuszone zdać się na łaskę losu i liczyć na to, że żadnej z nich nie odnajdzie ten wampir, ani nie przytrafi się im coś innego.
~~~~~~~~~~~~
Elizabeth całą resztę dnia zadręczała się faktem, iż Trix musi dla niej narażać się na tak wielkie niebezpieczeństwo. Ona sama, po odjeździe siostry, nie za wiele mogła już zrobić. Przez pewien czas spacerowała po lesie, nie oddalając się jednak zbytnio od obozu. Potem uszykowała sobie coś do jedzenia. Niestety, miała do wyboru tylko owoce oraz grzyby, które mogła przyrządzić przy ognisku, o ile udałoby się je rozpalić. Poczuła nieodpartą chęć zjedzenia czegoś innego, najlepiej jakiejś ryby. Zaraz jednak zganiła się w myślach za coś takiego, a po chwili powiedziała cicho i spokojnie na głos, kładąc sobie przy tym z czułością rękę na brzuchu:
- Ciii, dziecino. Nie miej takich wymagań, bo nie jesteśmy w stanie ich teraz zaspokoić. Walczymy o nasze życia, dlatego musimy jakoś to przetrwać. W nagrodę obiecuję ci, że kiedy już się urodzisz,  zrobię wszystko, aby cię uszczęśliwić. Przenigdy nie pozwolę cię skrzywdzić. Ani twojemu ojcu, ani nikomu innemu. Po jedzeniu Elizabeth postanowiła chwilę się zdrzemnąć. Po krótkiej drzemce wybrała się na poszukiwania wody, na szczęście szybko znalazła małą rzeczkę, z której mogła się napić. Potem z rozkoszą obmyła się i wróciła do swojego konia. Dała mu jeść, po czym jeszcze trochę pospacerowała. Odkąd wybudziła się z drzemki, zupełnie przestała się czymkolwiek zadręczać. Nabrała dziwnego przeczucia, że wszystko będzie dobrze. Po prostu tak czuła. Kiedy wróciła ze spaceru, od razu udała się na spoczynek.
~~~~~~~~~~~~
Z samego rana Trix jak najszybciej spakowała się, posiliła, uzupełniła zapasy wody i ruszyła w dalszą podróż. Już po kilku minutach jazdy natrafiła na powalony pień drzewa, cały pokryty śladami po pazurach. Mimo że po plecach przebiegły jej ciarki, nie zatrzymała się ani na chwilę. Gdyby tak zrobiła, na pewno łatwiej byłoby jej spanikować i zawrócić. Przez jakiś czas wspomnienie obdrapanego drzewa było jedyną rzeczą świadczącą o tym, że zbliża się do wioski. Po jakimś czasie zaczęła jednak natrafiać na więcej śladów pazurów, odcisków ogromnych wilczych łap, a dwa razy nawet zobaczyła pozostałości po posiłku. Na szczęście zawsze zdążyła wtedy odwrócić głowę i skupić się na czymś innym, byleby tylko nie puścić soczystego i kolorowego pawia. Po około półtorej godziny usłyszała przed sobą jakieś hałasy. Potem dojrzała ruch, a po chwili obtoczył ją krąg składający się z siedmiu mężczyzn. Wszyscy mieli ciemne, gęsye włosy, od brązowych po czarne, które zdawały się porastać każdy milimetr ich ciała. Oczy wszyscy posiadali zielone. Czaiła się w nich dobrze skrywana dzikość, ale i coś tajemniczego, nieznanego, zakazanego... Ubrani byli jak zwykli pracujący na polu ludzie i takie też mieli ze sobą narzędzia. Jakby właśnie szli lub wracali z pracy na roli. Wszyscy patrzyli na Trix poważnym i podejrzliwym wzrokiem. Widać było po nich ogromne napięcie, jakby w każdej chwili byli gotowi do ataku. Właśnie wtedy do Trix dotarło, na co się porwała. Zapuściła się w pojedynkę do wioski pełnej wilkołaków. W końcu jeden z nich przemówił poważnym, niskim głosem:
- Kim jesteś i czego tutaj szukasz, ludzka kobieto?- spytał nieznajomy. Styl wypowiadania się mężczyzny nieco zaskoczył Trix, ale szybko opanowała się i odezwała.
- Jestem zwykłą mieszczanką. Pochodzę z miasteczka Saden. Obecnie kieruję się do Sillas de Meanum, a przed dalszą podróżą chciałabym jeszcze uzupełnić zapasy wody. Czy może mogliby mi panowie dopomóc w tej kwestii?- Trix starała się brzmieć jednocześnie pewnie, ale i w miarę miło oraz spokojnie. Musiała za wszelką cenę przekonać do siebie tych mężczyzn.
- A w jakim celu udaje się panna...- zaczął ten sam nieznajomy.
- Morvant. Trix Morvant- powiedziała kobieta.
- Miło mi poznać. Ja nazywam się Knor Tibalt- odparł mężczyzna, po czym po kolei przedstawił swoich towarzyszy.- To Salwe, Diron, Izquar, Asban, Makato i Figz- po tych słowach zapanowała cisza. Trix i tak nie udało się zapamiętać za bardzo, kto jest kim, gdyż wszyscy byli zbyt podobni. Wiedziała tylko, z kim rozmawia.- Zatem w jakim celu panna Morvant planuje udać się do Sillas de Meanum?- dodał po chwili. Trix szybko musiała coś wymyślić. Nie mogła powiedzieć, że wraz z siostrą ucieka przed groźnym wampirem. W takim przypadku pewnie nie miałaby co liczyć na pomoc, gdyż zapewne wilkołaki nie chciałyby w żaden sposób ryzykować i wchodzić w drogę jakiemuś krwiopijcy. Miała bowiem wszelkie podstawy, by sądzić, iż napotkani nieznajomi potrafią zmieniać się w wilki.
- W rodzinnym Saden moją jedyną rodziną byli rodzice, którzy niedawno zmarli. W Sillas de Meanum mieszka moja ostatnia żyjąca krewna, daleka ciotka. Dlatego właśnie tam zmierzam- wyjaśniła Trix.
- No tak, to nieco wyjaśnia. Młoda kobieta nie powinna mieszkać samemu. Jednak dziwi mnie, dlaczego podróżuje panienka sama. Przecież to strach jechać tak daleko w pojedynkę, w dodatku to niełatwe zadanie- powiedział Knor. Jego bezpośredniość mocno zniesmaczyła Trix, ale, chcąc nie chcąc, musiała to ukryć.
- W Saden nie było nikogo odpowiedniego do towarzyszenia w takiej podróży młodej kobiecie- odparła.
- Doprawdy?- Knor wyraził swoje powątpiewanie. Nie wydawał się być przekonanym, ale mimo to nie wypytywał więcej o powody i okoliczności wyjazdu.
- Prosi nas panienka o pomoc, ale czy zdaje sobie sprawę z tego, kim jesteśmy?- zapytał. Trix przełknęła ślinę i wyprostowała się w siodle, chcąc dodać sobie w ten sposób pewności.
- Nie jestem pewna, ale podejrzewam, że... wilkołakami?
- Zgadza się. Skąd panna to wie?- zdziwił się inny z mężczyzn. Trix odwróciła się w jego stronę, ale chociaż bardzo chciała, nie była w stanie przypomnieć sobie jego imienia.
- Przed rozpoczęciem podróży odpowiednio się przygotowałam. Znalazłam starą mapę, na której była zaznaczona znajdująca się w pobliżu wioska. Z tej samej mapy wynikało, że mieszkają w niej wilkołaki. Stąd moje przypuszczenia- wyjaśniła Trix.
- Jednak mimo tej wiedzy poprosiła nas panienka, abyśmy jej pomogli- stwierdził Knor.
- Tak. Miałam do wyboru zaryzykować albo uschnąć z pragnienia w podróży. Nie byłam bowiem w stanie zabrać ze sobą odpowiedniej ilości zapasów- odparła kobieta. Na jakiś czas zapadła cisza. Wilkołaki tylko patrzyły po sobie. Wyglądały, jakby ze sobą rozmawiały, ale przecież nie poruszały ustami i stały zbyt daleko od siebie. Zapewne porozumiewają się w myślach. W końcu wilkołaki pochodzące z jednej watahy to potrafią- pomyślała Trix.
- Na razie możemy zaoferować panience tylko wypoczynek. Może panna udać się razem z nami do wioski, jeśli ma na to ochotę- odezwał się w końcu Knor. Był to ten decydujący moment. Zaryzykować i udać się z nimi, czy zawrócić?- pomyślała dziewczyna, ale zaraz zganiła się w myślach. Przecież po to właśnie tutaj przyszłaś! Poza tym, nie ma już czasu na odwrót!
- Jeśli mogłabym, to z chęcią się z państwem udam- odparła Trix.
- Zarem postanowione. Ruszamy!- zawołał Knor, po czym odwrócił się i zaczął iść. Pozostali mężczyźni niemal natychmiast poszli za nim. Trix wyrwała się jakby z transu i ponagliła konia. Ten ruszył pomału. Kobieta czuła się dziwnie. Oni wszyscy normalnie szli, podczas gdy ona jechała na koniu. Szli w zupełnej ciszy. Kobieta podejrzewała, że oni i tak rozmawiają ze sobą w myślach. Trix miała wrażenie, że idą bez końca. W pewnym momencie skręcili za grupę drzew, które ściśle do siebie przylegały. Za zakrętem oczom Trix ukazała się sporej wielkości polana, otoczona z trzech stron gęsto rosnącymi drzewami i krzakami. Na niej znajdowało się kilka różnych domów. Wszystkie były drewniane. Większość z nich była mała i szara, brązowa lub zielona, gdyż drewno prawie w całości porośnięte było roślinami. Tylko jeden budynek, znajdujący się w najbardziej oddalonej od Trix części polany był bardzo duży i kolorowy. Ściany miał białe, ale znajdowały się na nich różnokolorowe wzory. Albo były to tylko nic nieznaczące malunki, albo, co bardziej prawdopodobne, Trix nie potrafiła dopatrzeć się w nich niczego sensownego. Nie zmieniało to faktu, że ten dom najbardziej rzucał się w oczy i wyglądał najładniej. Przez środek polany przepływał strumień, którego wcześniej kobieta nawet nie słyszała. Wioska była idealnie ukryta, w dodatku dostać się mogło do niej tylko z jednej strony. Trix stała przez chwilę w miejscu i przypatrywała się temu wszystkiemu. Wioska wyglądała tak...zwyczajnie? Na pewno nie jak miejsce zamieszkane przez wilkołaki. Wtem kątem oka zauważyła, że jeden z towarzyszących jej mężczyzn zaczął się do niej zbliżać.
- Musi teraz panienka zejść z konia- powiedział miłym głosem, wyciągając do niej rękę. Trix skorzystała z pomocy i już po chwili stała na ziemi.
- Chwila, dokąd go zabieracie?!- zawołała wystraszona, widząc, że mężczyzna oddala się z jej koniem.
- Asban się nim dobrze zajmie. Nakarmi, napoi i pozwoli wypocząć. Panienka zaś pozwoli za mną- powiedział Knor.
- A-ale dokąd?- zapytała dziewczyna.
- Musimy przedstawić panny problem osobą, które mogą podjąć w tej sprawie jakąkolwiek decyzję. Proszę o więcej nie pytać i iść ze mną- odparł stanowczo wilkołak. Trix przełknęła ślinę i z głośno bijącym sercem ruszyła za mężczyzną. Szli przez środek osady, co spowodowały, że oczy wszystkich skierowały się na nich. Mieszkańcy zaprzestali swoich codziennych czynności i bezwstydnie się na nich gapili. Nikt nawet nie pisnął słówka. Niektórzy z ciekawością, inni z niechęcią, a reszta z obojętnością. Po chwili Trix zdała sobie sprawę, że kierują się w stronę najładniejszego z domów. W końcu oddalili się od centrum wioski. Do uszu kobiety zaczęły docierać dźwięki mówiące o tym, że wszyscy powrócili do swoich przerwanych czynności. Dom znajdował się tak daleko od reszty, że wszelkie hałasy prawie w całości ucichły nim Knor i Trix dotarli do jego drzwi. Mężczyzna podszedł i zastukał ogromną, mosiężną kołatką w kształcie wilka. Po chwili drzwi otworzyły się i stanął w nich ubrany w garnitur mężczyzna. Był zdecydowanie starszy niż Knor. Na jego skroni dało się już dojrzeć początki siwienia. Spojrzał z wyniosłością na towarzysza Trix.
- Czym ci mogę służyć, Knorze?- zapytał mężczyzna.
- Mam ważną sprawę, którą musi rozpatrzyć Wielki Adalryk- wyjaśnił Knor.
- A jakąż to ważną sprawę masz do Wielkiego Adalryka?- spytał z powątpiewaniem służący.
- Przecież mówię, że to sprawa dla Wielkiego Adalryka, nie dla ciebie. Ale jeśli musisz wiedzieć, to dotyczy ona tej niewiasty- powiedział Knor, wskazując na stojącą kilka kroków za nim Trix.
- A któż to?- zainteresował się natychmiast drugi z mężczyzn, po czym wziął długi i głęboki wdech.- Człowiek- wyrzucił z siebie to słowo niczym najgorsze przekleństwo.
- Zgadza się, jesteś bardzo spostrzegawczy, drogi Ingolfie- powiedział z lekkim szyderstwem Knor. Służący rzucił mu wściekłe spojrzenie.
- Z jakiego powodu Wielki Adalryk miałby się spotykać z człowiekiem?
- Wcale nie musi. Jeśli w końcu zechcesz nas łaskawie wpuścić do domu, ja udam się na audiencję do Wielkiego Adalryka i przedstawię mu sprawę tej kobiety. Jeśli zechce, to się z nią spotka- wyjaśnił Knor. Ingolf zmierzył ich dwójkę nieprzychylnym spojrzeniem. Trix była pewna, że nie zgodzi się ich wpuścić. Po kilku chwilach jednak niespodziewanie otworzył szerzej drzwi.
- Pozwólcie za mną- powiedział, po czym ruszył szybkim krokiem w głąb domu. Szli długim, pomalowanym na biało korytarzem. Oświetlało go światło ze znajdujących się po bokach okien, jednak miedzy nimi przyczepione były pochodnie, które jednak obecnie nie płonęły. Na podłodze znajdował się brązowo- zielony dywan z wyhaftowanymi leśnymi motywami. Były tam wilki, sarny, jakieś rośliny itp. Oprócz tego na ścianach znajdowało się kilka obrazów, gdzieniegdzie zaś stały jakieś rzeźby, wazy i wazony, ale Trix nie miała czasu przyjrzeć się im dokładniej. Przeszli szybko przez korytarz i znaleźli się w pomieszczeniu przypominającym mały salon.
- Tutaj panienka zaczeka na mnie. A ty- zwrócił się do Knora.- pozwolisz za mną- dodał. Po chwili mężczyźni przeszli przez salon do znajdujących się po jego drugiej stronie drzwi i wszyli przez nie. Trix nie miała pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Pokój, w którym się znalazła, miał jasnobrązową podłogę, na której położony był duży, zwyczajny, zielony dywan. Ściany także były ciemnobrązowe. Po lewej stronie pokoju znajdował się kominek. Naprzeciw niego stały mały brązowy stolik, za nim dwuosobowa kanapa w kolorze czerwonym, a po bokach dwa fotele, skierowane w stronę ognia. W rogach pokoju stały białe cokoły, na nich zaś kolejno znajdowały się: jakaś beżowa waza z namalowanymi białymi wzorami, mała rzeźba przedstawiająca wilka, błękitny wazon z ciemnoniebieskimi kwiatami i druga rzeźba o bliżej niezidentyfikowanym kształcie. Całą wolną przestrzeń pod każdą wolną ścianą zajmowały regały wypełnione książkami. Trix podeszła do jednego z nich i z ciekawością zaczęła przeglądać tytuły. Po kilku minutach ktoś wszedł do pokoju. Kobieta podskoczyła i szybko odwróciła się. Jej oczom ukazał się idący w stronę kominka służący.
- Pozwoliłem sobie zrobić dla panienki herbatę i przynieść poczęstunek- powiedział, po czym postawił na stoliku filiżankę z gorącą cieczą i talerzyk z kawałkiem ciasta. Po tym pożegnał się i nie czekając na żadną reakcję ze strony Trix, wyszedł. Kobieta zamrugała ze zdziwieniem i podeszła do kanapy, na której usiadła. Teraz już była w 100% pewna, że nie jest tutaj mile widziany. Mimo pewnych obaw zdecydowała się jednak upić pierwszy łyk herbaty. Ledwo to zrobiła, a za drzwiami rozległy się przytłumione głosy.
- Ależ nie ma potrzeby, byś się tutaj fatygował Wielki Adalryku, to znaczy Adalryku- powiedział służący, który pojawił się w pomieszczeniu, kiedy tylko otworzyły się drzwi.
- Ingolf ma rację, ta sprawa nie jest tego warta- Trix usłyszała głos Knora. Ten także po chwili znalazł się w pomieszczeniu, zaś wraz z nim wszedł jeszcze jeden wilkołak. Był dużo niższy od pozostałej dwójki, jego włosy były w całości białe, skórę zaś pokrywały liczne zmarszczki.
- Ależ to żaden problem, przynajmniej będzie to dla mnie jakaś ciekawa odmiana. Dość już mam tej wiecznej nudy!- zawołał wesoło starzec. Po chwili jego oczy zauważyły Trix. Zaczął kierować się w jej stronę, mimo protestów pozostałych wilkołaków. Kobieta wstała.
- Nazywam się Aldaryk i jestem obecnym władcą tejże wioski. Miło mi panienkę poznać- powiedział, po czym pocałował ją w rękę.
- Nazywam się Trix Morvant. Mi również niezmiernie miło pana poznać- odpowiedziała zdziwiona dziewczyna.
- Ingolfie, bądź tak miły i przynieść po herbacie i czymś na ząb także dla naszej dwójki- powiedział niejaki Aldaryk. Służący niemal natychmiast zniknął za drzwiami. Ledwo wszyscy zdążyli usiąść (Trix i Aldaryk na kanapie, Knor na fotelu) wrócił Ingolf, niosąc na tacy jeszcze dwa kawałki ciasta i filiżanki z herbatą. Postawił to wszystko na stole, razem z cukiernicą. Już chciał się wziąć za słodzenie herbaty Aldarykowi, ale ten powstrzymał go gestem i powiedział:
- Poradzimy sobie. Wracaj do swoich obowiązków, Ingolfie. Albo idź sobie odpocząć.
- Na odpoczynek trzeba zasłużyć. Teraz zaś, skoro niepotrzebna panu moja pomoc, zajmę się czymś pożytecznym- odpowiedział Ingolf i zniknął za drzwiami.
- Ile panienka słodzi?- zapytał Aldaryk, sięgając po cukiernicę.
- Dziękuję, poradzę sobie sama- powiedziała szybko Trix. Kiedy już wszyscy posłodzili sobie herbaty, odezwał się starzec:
- Słyszałem od Knora, że prosi nas panienka o pomoc- zaczął.
- Tak, zgadza się. Udaję się do...
- Sillas de Meanum, wiem. Knor wszystko mi już opowiedział. Musze przyznać, że historia panienki bardzo mnie poruszyła...- powiedział, celowo przeciągając każde słowo. Trix czuła, że jej serce zaraz wyskoczy z piersi.
- I?- nie wytrzymała Trix.
- I zdecydowałem się panienkę poznać i jej pomóc, ale tylko pod jednym warunkiem- odpowiedział Aldaryk.
- Jakim?- zapytała Trix.
- Nieczęsto mamy tutaj gości. Sam nawet, jako najstarszy mieszkaniec wioski, ledwo pamiętam odwiedzimy kogoś z zewnątrz, które zresztą niechętnie wspominam, gdyż był to wampir. Powinniśmy zatem odpowiednio ugościć panienkę i zaprosić ją na jedno z naszych przyjęć- powiedział Aldaryk.
- Co?- zapytali z niedowierzaniem równocześnie Trix i Knor.
- To, co słyszeliście.
- Ależ to niedopuszczalne! Zapraszać na nasze wilkołacze przyjęcie jakiegoś... człowieka!- zawołał Knor.
- Ciii... Mój drogi współbracie, przypominam ci, że mamy równość ras- powiedział z uśmiechem Aldaryk.
- Ale...- zaczął Knor, ale starzec uciszył go, widząc, że Trix chce coś powiedzieć.
- Dajmy i tej panience coś powiedzieć.
- No cóż... jestem bardzo wdzięczna za tą propozycję, ale muszę odmówić. Nie jestem godna takiego zaszczuty, poza tym muszę jak najprędzej znaleźć się w Sillas de Meanum- powiedziała Trix.
- Ależ niech się panienka nie martwi. Przyjęcie odbędzie się dziś wieczorem, więc nie będzie panna musiała zbyt długo czekać, a przy okazji wypocznie sobie po zapewne wyczerpującej podróży. Poza tym nie jesteśmy kimś lepszym czy gorszym, żeby panienka "nie była godna" uczestniczenia w naszym przyjęciu. No i, jak wspomniałem, inaczej nie trzyma panna naszej pomocy- powiedział Aldaryk, po czym się zaśmiał i puścił do Trix przyjacielskie oczko. Dziewczynę mocno zdziwiło zachowanie starca. Widocznie należał do tego typu ludzi, którzy są bardzo bezpośredni. Nie mam teraz jednak czasu na myślenie o zachowaniu Aldaryka, a o jego propozycji. Starzec wydaje się być nieugiętym, a ja i Elizabeth potrzebujemy pomocy. Ostatecznie gdyby chcieli mi zrobić coś złego, już dawno by to miało miejsce. Mogę zaś sobie pozwolić na zabawienie tutaj do jutra, w końcu na wykonanie swojego zadania miałam aż trzy dni...

sobota, 21 października 2017

Zakazany Romans XXIV "Wampirzy pogrzeb"

Nie musiał dług szukać. Udał się do tego samego ogrodu, do którego poszli kiedyś razem na spacer. Tam właśnie znalazł Aurelinę, która jak gdyby nigdy nic nachylała się nad jakimiś kwiatami. Canagan skorzystał z okazji i podszedł do niej jak najszybciej od tyłu, aby jej wampirze zmysły nie zdążyły go wyczuć. Objął swoją narzeczoną w talii, na co ta się wyprostowała.
- Co ty robisz?!- zawołała, nieudolnie próbując się od niego odsunąć. Canagan był jednak silniejszy. Trzymał ją mocno w swoich objęciach.
- Stęskniłem się za tobą- wyszeptał tuż przy jej uchu.
- Nie widzieliśmy się raptem... całkiem niedawno- Aurelina nie bardzo była w stanie wyswobodzić się spod uroku swojego ukochanego i powiedzieć coś sensownego.
- Każda sekunda rozłąki z tobą jest dla mnie męczarnią- powiedział wampir, po czym złożył delikatny pocałunek na płatku jej ucha.
- Przestań! Mamy teraz ważniejsze rzeczy do zrobienia!- wołała Aurelina, nadal próbując zapanować nad sobą i swoim ukochanym. Tyle że nie zdawała sobie sprawy, iż odkąd po raz pierwszy ostatecznie mu się poddała, to on sprawuje władzę nad sytuacją między nimi. Przynajmniej w normalnych warunkach.
- A niby co to za "ważniejsze rzeczy do zrobienia", co?- zapytał wampir, mocniej tuląc ją do siebie. Teraz już bez skrępowania zaczął całować ją po szyi. Z minuty na minutę jego pocałunki stawały się coraz bardziej natarczywe.
- Powinniśmy w końcu przywitać się ze wszystkimi gośćmi. Ty, jako nowy hrabia Phantomhive i ja, jako jego przyszła żona. Tego wymaga przecież tradycja. To nasz obowiązek...- Aurelina nakręciła się na przywoływanie Canagana do porządku. Ten jednak brutalnie jej to przerwał. Pewnym ruchem złapał ją za brodę i odwrócił w swoją stronę, składając na jej ustach szybki, ale jednocześnie przesycony dominacją pocałunek.
- Wiem, czego wymaga ode mnie tradycja i co jest moim obowiązkiem- powiedział agresywnie. Ich wargi znajdowały się tak blisko, że Aurelina czuła, jakby Canagan usiłował wcisnąć te słowa w jej usta. Następnie wypuścił wampirzycę ze swych objęć i zaczął kierować się w stronę wyjścia z ogrodu. Zszokowana Aurelina patrzyła za nim z niedowierzaniem.
- Idziesz, moja oblubienico? W końcu tradycja się bez ciebie nie obejdzie- powiedział, uśmiechając się z lekką, przyjacielską, a właściwie pobłażliwą kpiną. Narzeczona Canagana sama już nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć. Raz jest czuły i kochany, a po chwili staje się agresywny i dominujący. Zaczynam się już w tym wszystkim gubić! Nie podoba mi się to. Będziemy musieli później poważnie na ten temat porozmawiać- pomyślała Aurelina, ale posłusznie podeszła do swojego narzeczonego i poszła razem z nim witać gości przybyłych na pogrzeb.
~~~~~~~~~~~~
Kolejny dzień podróży minął im we względnym spokoju, nie licząc tajemniczej przygody Trix nad strumienie, o której Elizabeth nadal nie wiedziała. Jechały spokojnie, kiedy nagle koń Elizy zatrzymał się, a dziewczyna czym prędzej zsiadła z niego i pobiegła w las. Nie na żarty wystraszona siostra dziewczyny natychmiast postąpiła tak samo. Na szczęście szybko odnalazła Elizabeth. Stała oparta o drzewo, zwracając pod nie to, co jakiś czas temu zjadła. Trix podeszła do niej, chcąc upewnić się, że wszystko gra. Ostatecznie okazało się, że to zwykłe ciążowe dolegliwości. Siostra Elizabeth zawróciła więc do ich koni, które z powodu pośpiechu nie zostały nigdzie przywiązane. Szczęśliwym trafem nie zdołały uciec.
- Wyglądasz na wyczerpaną- powiedziała Trix, kiedy już Eliza wyszła z lasu.
- Nic mi nie jest- odparła dziewczyna, siląc się na niezobowiązujący uśmiech. Każdy jednak rozpoznałby, że nie jest on szczery.
- Daj spokój z byciem taką miłą i mało wymagającą, która zawsze się dla wszystkich poświęca i nie chce sprawiać nikomu żadnych kłopotów- powiedziała Trix. Bo ci to nie wychodzi- szepnął złośliwie głos w jej głowie, ale kobieta szybko skupiła się z powrotem na tym, co chciała powiedzieć siostrze.- Zacznij w końcu myśleć o swoich potrzebach. Pamiętaj, że teraz musisz dbać nie tylko o siebie- Eliza nie odpowiedziała już na te słowa siostry. Razem rozłożyły obóz. Trix kazała Elizabeth iść się przespać, sama udała się jak zwykle na poszukiwania jedzenia i picia.
~~~~~~~~~~~~
Jak nakazywała tradycja, pogrzeb odbywał się w Sali Pogrzebowej. W miejscu, które odwiedzano tylko i wyłącznie w okolicznościach śmierci. Własnej lub kogoś innego. Ostatnim razem Canagan był tu na pogrzebie matki, więc nic z tego nie pamiętał. Szedł na czele całego pochodu, trzymając pod rękę swoją narzeczoną. On miał na sobie czarny garnitur i płaszcz, ona ciemną, koronkową i długą suknię oraz kapelusz z woalką. Dla ozdoby miała także przyczepionych kilka czarnych piór. Zaraz za nimi kroczyli rodzice Aureliny i ciotka Alyssa. Następni w kolejności byli doradcy Richtera (według Canagana zgraja starców, która będzie mu tylko przeszkadzać w rządzeniu) oraz bliscy krewni, przyjaciele, a na szarym końcu najdalsza rodzina oraz pozostali goście. Jeszcze przed wyruszeniem pochodu z rezydencji wampir nie czuł się najlepiej, a co dopiero teraz. Miał mieszane uczucia. W końcu właśnie miało się odbyć ostateczne potwierdzenie jego tryumfu, od teraz już naprawdę nikt nie będzie nim rządził. Z drugiej jednak strony, Canagan musiał poprowadzić całą uroczystość. Mimo że stres i zakłopotanie były mu zupełnie obcymi odczuciami i tak strasznie się denerwował. Głównie znaczeniem tego miejsca. Na co dzień nigdy nad tym nie rozmyślał i nawet się tutaj nie zbliżał. Nie chciał i nie myślał nigdy nad tym. W końcu to Sala Pogrzebowa. Ostateczne miejsce podróży każdego członka jego rodu. Najbardziej przerażała go myśl, że będzie musiał nie tylko być świadkiem, ale poprowadzić uroczystość pogrzebu z myślą, że jeśli kiedyś zginie, on będzie chowany dokładnie tak samo. Wszyscy będą po nim "z żalem" płakać, wykazując się przy tym swoją obłudą. W duszy zaś będą się zapewne cieszyć z jego śmierci, tak jak on i zapewne parę innych osób raduje się z powodu umarcia Richtera. Zawsze uważał, że wampirza ceremonia pogrzebowa jest trochę straszna, mimo że całe życie wampirów składa się nawet z gorszych rzeczy. Canagan zawsze sądził, że przy pogrzebie można by już było sobie odpuścić. Nigdy się jednak nie ujawnił z tą myślą, gdyż sam przed sobą ledwo się do niej przyznał. Jak to on miałby powiedzieć, że coś wydaje mu się nieodpowiednie i zbyt straszne? Jego wątpliwości i niepewność skumulowały się w nim i uderzyły z podwójną siłą, kiedy stanął przed drzwiami Sali Pogrzebowej. Miał ogromną ochotę przystanąć chociaż na chwilę, ale zamiast tego pewnym ruchem otworzył drzwi i przekroczył próg. W tej samej chwili wszystkie wewnętrzne rozterki opuściły go. Poczuł się znów pusty, wypełniony ewentualnie żądzą władzy, zabijania i seksu. Pewnym krokiem zaczął kroczyć środkiem sali ku ołtarzowi na jej środku. Miał on kształt średniej wielkości prostokąta, na którym położone było ciało Richtera. Wykonano go z białego drewna. Ojciec Canagana wyglądał jak każdy zmarły, czyli jakby spał. Wokół ołtarza stały wysokie, ustawione w krąg świeczniki z płonącymi świecami. Wampir wraz z Aureliną, jej rodzicami i Alyssą weszli w ułożony okrąg. Usiedli na specjalnie przygotowanych krzesłach po bokach koła. Po lewej siedzieli rodzice wampirzyca i ciotka Canagana, po prawej wampir wraz z narzeczoną. Kiedy weszli pozostali i zajęli miejsca na ławach poza okręgiem ze świec, chłopak powstał i ze wzrokiem utkwionym w twarzy ojca, skierował się do ołtarza. Ustawił się obok, a następnie omiótł wzrokiem całą Salę Pogrzebową. Wszystko było czarne. Podłoga, sufit, ściany, ławy, nawet dywan, po którym szli. Jedynym wyjątkiem był biały ołtarz i herb rodu Phantomhive. Powieszony był co kawałek na ścianach po boku, namalowany był też na całym suficie. Na ścianie za plecami Canagana namalowane było szare drzewo genealogiczne jego rodzina wraz z portretami, datami narodzin i śmierci jej członków. Już niedługo pojawi się tam także obraz Richtera. Wampir w końcu znów przeniósł wzrok na zebranych i rozpoczął ceremonię.
- Drodzy Krewni i Przyjaciele rodu Phantomhive! Wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, że znaleźliśmy się tutaj, by pożegnać Richtera Deivera Phantomvive'a. Doskonałego hrabiego, cudownego zarządcę, najlepszego wampira i idealnego ojca. Gdybym miał tutaj wymienić każde Jego osiągnięcie, nie starczyłoby mi wieczności. Wyniósł znaczenie rodu Phantomhive na szczyt w świecie wampirów. Rozwiązał wiele problemów naszego królestwa. Nawiązał mnóstwo sojuszy. Był najlepszym doradcą i przyjacielem króla, który bardzo ubolewa, że nie może stawić się na pogrzebie. Jest to idealnym dowodem na to, w jak zażyłych byli stosunkach. Dokonał tego wszystkiego, a na koniec wychował w pojedynkę mnie, swojego jedynego syna, będąc mi jednocześnie ojcem i matką, bym mógł kontynuować jego dzieło. Dokonał tego, bo był surowy, sprawiedliwy ale i wyrozumiały. Przestrzegał zasad, wszystko dokładnie planował. Służył radą i pomocą. Zawsze można było liczyć na zrozumienie z jego strony. Nie znał słów takich jak: strach, hańba, nieokazanie szacunku. Dobre maniery były dla niego sprawą priorytetową w towarzystwie. Wielu nauczył właściwego postępowania, a jeszcze więcej wampirów mogłoby wziąć z niego przykład, gdyby nie zabrano nam go przedwcześnie. Nigdy nie będziemy w stanie w pełni pogodzić się z tak wielką stratą. Jest to cios dla nas wszystkich, w szczególności zaś dla mnie. Przenigdy nie pogodzę się ze śmiercią mojego ojca. Dlatego z ciężkim sercem i bólem przejmuję dziś oficjalnie władzę nad naszym rodem- Canagan przerwał na chwilę i odwrócił się w stronę ołtarza, na którym leżało ciało Richtera.- Ojcze, zrobię wszystko, abyś mógł być ze mnie dumny. Spoczywaj w spokoju- powiedział wampir. Podszedł do swojego ojca i pożegnał się z nim szybko, po czym wrócił na swoje miejsce. Wszyscy zebrani zaczęli po kolei wstawać. Podchodzili do ciała Richtera i żegnali się z nim, a następnie wychodzili z Sali Pogrzebowej. Canagan, Alyssa oraz państwo Cherr z Aureliną powinni teraz siedzieć z lekko zwieszonym głowami. Tak nakazywała tradycja. Wampir jednak nie mógł powstrzymać się i ukradkiem spoglądał na podchodzące osoby. Większość z nich miała zbolałe miny, nieliczni płakali. Zdarzali się też tacy, którzy wyglądali na obojętnych lub nawet zadowolonych. Nie dziwiło go to. Śmierć kogoś tak ważnego jak jego ojciec zawsze jest dla niektórych obojętna, dla innych straszna lub wręcz przeciwnie, wspaniała. On sam przecież cieszył się z tego, że Richtera już nie ma i nikt nie stoi mu na drodze do pełni władzy. Kiedy sala opustoszała i pozostali na niej jedynie Canagan z narzeczoną, Alyssa i państwo Cherr, młody wampir powstał. Zaraz po nim to samo uczynili pozostali. Hrabia podszedł do jednego ze świeczników, srebrnego ze złotymi zdobieniami oraz wysadzanego drogocennymi kamieniami. Wziął go w rękę, a następnie odwrócił się i podszedł do ołtarza. Cały czas miał lekko spuszczoną głowę, przez co pozostali nie widzieli wyrazu jego twarzy. Wszyscy sądzili jednak, iż gości na niej ból. Tak naprawdę Canagan ledwo powstrzymywał się, aby nie uśmiechnąć się. Wampir przechylił świecę najpierw w stronę włosów, bo je najłatwiej zapalić. Potem podpalił ubranie swego ojca. Jednocześnie szeptał przy tym pewne znane zaklęcia. Ogień, wzmocniony czarami, szybko urósł w siłę i rozprzestrzenił się. Wampir cofnął się w stronę pozostałych zgromadzonych. Wszyscy razem w zupełnej ciszy odczekali, aż ciało Richtera spłonie. Kiedy pozostały po nim tylko prochy, Canagan podszedł i wyjął spod ołtarza przygotowaną wcześniej urnę. Była złota, wysadzana szmaragdami, rubinami, ametystami, diamentami, a także innymi klejnotami. Wampir włożył do niej prochy swego ojca, a następnie ruszył w stronę drzwi, trzymając przed sobą urnę. Natychmiast dołączyli do niego pozostali. Tworzyli swego rodzaju pochód. Na zewnątrz Sali Pogrzebowej czekali pozostali żałobnicy. Przyłączyli się do konduktu żałobnego. Canagan skierował się ku rodzinnej kaplicy.
Wszyscy po kolei, zaczynając od wampira niosącego urnę, weszli do niej po schodach. Znaleźli się w okrągłym pomieszczeniu, oświetlanym tylko przez znajdujące się na ścianach pochodnie. Naprzeciw wejścia znajdował się ołtarz, a zaraz za nim sięgający do sufitu posąg niejakiego Samaela. Był to pradawny i legendarny władca Vampireos, uznawanu obecnie za swego rodzaju boga wampirów. Prawą rękę miał opuszczoną w dół i trzymał w niej różę, która u nocnych krwiopijców jest symbolem nie miłości, lecz śmierci. W lewej zaś miał wzniesiony w górę miecz, symbol władzy i potęgi. Posąg ten pokazywał, że wampiry zachowują swą wielkość nawet po śmierci, a ich współbracia zawsze pamiętają o ich dokonaniach. Od wejścia aż do ołtarza ciągnął się długi i szeroki, czerwony dywan, zdobiony złotymi nićmi. Wyraźnie odcinał się na tle podłogi w odcieniu brązu. Podobnego koloru były także ściany. Po lewej stronie ołtarza znajdował się wysoki świecznik ze świecą. Najważniejszym zadaniem dozorcy tego miejsca było pilnowanie, aby płomień nigdy nie zgasł i wymienianie świecy w odpowiednim czasie. Po prawej stał jeszcze jeden posąg. Był to kawałek ciała wraz z głową węża, który najbardziej przypominał kobrę. Reszta jego ogromnego i długiego cielska wiła się wokół ołtarza, kończąc na prowadzących do niego schodach. Węże przez większość ras uznawane były za strażników zaświatów. Canagan podszedł do głowy stwora i przekrzywił ją. W ten sposób w podłodze przed ołtarzem pojawiła się dziura. Wampir zszedł po krętych schodach do krypty, tym razem samemu. Znalazł się w długiej, stosunkowo szerokiej grocie. Po jej bokach były kamienne bloki, w których wyrzeźbiono otwory. W każdym z nich znajdowała się urna zmarłego członka rodu Phantomhive. Nad otworem znajdowały się najważniejsze informację o danym wampirze, jego imiona, przyznane tytuły, data narodzin oraz śmierci, a także mały portret. Canagan szybko odszukał miejsce wyznaczone jego ojcu. Czym prędzej złożył w nim urnę. Następnie wyprostował się i spuścił puste ręce po bokach. Stał tak przez chwilę, wpatrując się w miejsce spoczynku prochów Richtera. Powinien teraz jeszcze, ostatecznie, na osobności pożegnać się ze swoim ojcem. Tego wymagała od niego pradawna, zawsze przestrzegana wampirza tradycja.
- Powinienem pogratulować temu, kto wyrządził mi tak wielką przysługę i się ciebie pozbył. Najchętniej bym to zrobił, ale zamiast tego muszę zając się teraz pilnowaniem własnego bezpieczeństwa- wyszeptał Canagan, po czym lekko uśmiechnął się. W końcu spadł z niego ten ciężar, który narastał w nim od ponownego powrotu. Wszystko dobiegło końca. Nikt już nie będzie mógł mu w niczym przeszkodzić. Absolutnie każda rzecz poszła po jego myśli. Teraz już będzie tylko lepiej. Lepiej dla niego, Canagana. Już chciał odwrócić się i odejść, ale wtedy jego wzrok padł na inicjały wyryte obok miejsce spoczynku Richtera. Należały one do jego matki. Mimo że właściwie jej nie znał, słyszał o niej same dobre rzeczy. Podobno była niespotykanie dobrotliwą, wyrozumiałą i kochaną przez wszystkich wampirzycą. Przekonywała inne wampiry, aby nie uważały innych ras za gorsze, nawet ludzi. Canagan w duchu zawsze pogardzał takim sposobem myślenia i z tego powodu uważał, że jego matka nigdy nie była w pełni normalna, tak samo zresztą jak jej siostra. Teraz jednak, przypominając sobie o niej, poczuł dziwne zmieszanie. Nie tracił jednak czasu na to uczucie, czym prędzej odwrócił się i wyszedł, postanawiając, że będzie tutaj przychodził jak najrzadziej.
~~~~~~~~~~~~
- Wydaje mi się, że już jutro albo pojutrze powinniśmy przynajmniej dotrzeć do pustyni. Zastanawiam się jednak, jak przedostaniemy się przez nią, skoro nie będziemy w stanie zgromadzić odpowiedniej ilości wody? Mamy przecież tylko jedną manierkę- powiedziała Trix, kiedy obie wraz z siostra jadły śniadanie.
- Wiesz, miałam to już wcześniej powiedzieć, ale zupełnie zapomniałam. Możemy spróbować zboczyć nieco z trasy. Z tego, co wiem, niedaleko powinna znajdować się jakaś mała wioska. Tam mogłybyśmy znaleźć więcej wody- odparła Elizabeth, biorąc do ust jedną z jagód.
- Skąd o tym wiesz?- spytała zaskoczona Trix.
- Będąc pewnego dnia u Antonia, razem z nim przeglądałam stare mapy. Wspomniał o tej wiosce, gdyż fenomenem było dla niego, iż ktoś naprawdę bez problemów chce żyć tak blisko pustyni, w dodatku w Przeklętym Lesie- odpowiedziała Eliza.
- Rozumiem...- odparła Trix.
- Jest jednak kilka problemów. Nie jestem pewna, czy wioska nadal istnieje. Ponadto nie mieszkają w niej ludzie- powiedziała Elizabeth.
- Jaka więc rasa ją zamieszkuje?- zapytała starsza siostra.
- Wilkołaki- odparła krótko Eliza. Było to dla nich jednocześnie dobrą i złą wiadomością. Rasa ta w postaci człowieka nie miała absolutnie żadnych ponadnaturalnych zdolności. Gdy zaś jej przedstawiciele zmieniali się w wilki, stawali się barbarzyńskimi bestiami, które praktycznie nie były w stanie spokojnie i racjonalnie myśleć. Z jednej strony wilkołaki były więc dla ludzi równie niebezpieczne jak inne magiczne istoty. Jednocześnie jednak stworzenia te nie wywyższały się tak bardzo jak inne. Pozostałe rasy pogardzały bowiem wilkołakami niemal na równi z ludźmi, właśnie z powodu ich porywczej natury. Wielu ludzi także nie przepadało za nimi z tej samej przyczyny. Nienawiść zaś rodzi nienawiść. Dlatego w zależności od sytuacji i podejścia różnych osób, z wilkołakami można było się w miarę dobrze dogadać, skłócić lub stracić życie w ataku jednego z nich.
- To trudna decyzja. Niesie ze sobą wielkie ryzyko. Jak myślisz, ile zajęłaby podróż w tamto miejsce?- spytała Trix.
- Myślę, że około jednego dnia, ale mogę się mylić. A co, masz może jakiś pomysł?
- Tak, mam pewien plan, z tym, że trochę ryzykowny- odparła starsza z sióstr.
- Jaki?- zapytała natychmiast Elizabeth.
- Mogłabym się tam wybrać i uzupełnić zapasy naszej wody. Ty byś w tym czasie poczekała tutaj na mnie. Jeśli nie wróciłabym w czasie trzech dni, wyruszyłabyś w dalszą podróż- odpowiedziała Trix.
- Mowy nie ma! Zapomnij! Nie pozwolę ci się tam wybrać samej!- Eliza zerwała się na równe nogi i zaczęła natychmiast protestować. Trix od razu wstała i położyła jej ręce na ramionach, aby ją uspokoić.
- Elizabeth Morvant! Przywołuję cię do porządku! Zrozum, że to na razie najlepszy pomysł! Nie przeprawimy się przez pustynię bez wody, to jasne. Ale nie możemy jechać tam obie. Jeśli coś się stanie, to i tak żadna z nas nie będzie mogła drugiej pomóc, w końcu nie mamy szans z wilkołakami. Ja zaś mam większe szanse sobie poradzić, bo nie jestem w ciąży. Z tego samego powodu ty musisz na siebie bardziej uważać- Trix próbowała przemówić Elizie do rozsądku.
- Najzwyczajniej w świecie nie mogę pozwolić ci jechać samej!- zawołała dziewczyna.
- Argumenty mówią same za siebie. Poza tym, szczerze, w takim stanie tylko byś przeszkadzała.
- Ciąża to nie choroba!- zawołała Eliza.
- Dobrze, załóżmy więc, że tam jedziemy i atakują nas wilkołaki. Jak miałby nas uratować fakt, że byłybyśmy we dwie?- spytała Trix.
- Jedna z nas mogłaby spróbować zwieść je- odparła cicho Elizabeth.
- Jasne, już teraz nie możemy się dogadać. A co by się stało dopiero w takiej sytuacji? Zanim podjęłybyśmy jakąkolwiek decyzję, byłoby za późno. Poza tym i tak oznaczałoby to zapewne śmierć dla jednej z nas. I nie miałybyśmy pewności, że nasz plan się powiedzie.
- Teraz też jej nie mamy- odpowiedziała cicho Eliza, spuszczając wzrok.
- Musimy zaryzykować- odparła Trix.
- Nie chcę. Tyle razy musiałaś już dla mnie się czegoś wyrzekać czy pomagać mi, a ja przysporzyłam ci jeszcze więcej kłopotów. Ty zaś mimo to jesteś gotowa na kolejne poświęcenia dla mnie. Nie chcę, żebyś musiała dla mnie robić jeszcze więcej, bo już zrobiłaś za dużo. Nie chcę być problemem. Nie chcę cię tracić. I przede wszystkim, nie chcę być powodem twojego nieszczęścia, czy...- w trakcie tej przemowy po policzkach Elizabeth zaczęły lecieć łzy.- ...śmierci- dodała po chwili, pociągając nosem. Trix przytuliła do siebie swoją młodszą siostrę.
- Już dobrze, nie płacz. Mogłaś od razu to powiedzieć. Uspokój się i przegadamy to na spokojnie. Może znajdziemy jakieś lepsze rozwiązanie?- powiedziała Trix, głaszcząc Elizę po włosach.- No już, przecież nie mamy chusteczek!- zawołała żartobliwie surowym tonem, odsuwając się od siostry i spoglądając z troską na jej zapłakaną twarz. Elizabeth przetarła dłońmi oczy, aby otrzeć łzy i zaśmiała się leciutko.
- Widzisz? Już jest lepiej. Przestań płakać i porozmawiamy na spokojnie, bez zbędnych emocji- powiedziała Trix.